zamknij

Kultura i rozrywka

Kamil Maćkowiak dla TuŁódź.com: „Chcemy tworzyć teatr przystępny i otwarty na dialog z widzem” [ROZMOWA]

2018-07-01, Autor: Joanna Królikowska

Rozmowa z Kamilem Maćkowiakiem – aktorem i założycielem Fundacji Kamila Maćkowiaka w Łodzi – na zakończenie sezonu teatralnego o pięcioleciu spektaklu „DIVA Show”, premierze „Cudownej terapii” i płyty „Niżyński”, o niedawnych działaniach i planach wakacyjnych Fundacji.

Ostatnio miałam okazję zobaczyć spektakl „DIVA Show”. Przedstawienie w tym roku kończy 5 lat. Co się w nim zmieniło?

Reklama

Przygotowując monodram „DIVA Show” sam nie wiedziałem, jaką on zyska finalnie formę. Połączenie stand-upu z psychodramą było ryzykowne. Publiczność pociągnęła ten spektakl w stronę komediową. Dopiero jego finał jest poważny i łapie za gardło. Z drugiej strony przedstawienie stało się też zbiorową terapią. Podczas spektaklu widzowie się otwierają, narzucają wątki, które trzeba rozbudować. Ale „DIVA Show” daje też ogromną przyjemność kontaktu z publicznością. Nigdy wcześniej nie miałem takiej sytuacji, w której przez ponad dwie godziny mówiłbym bezpośrednio do widzów, zaczepiał ich i a nawet poznawał ich historie.

Jedyny mój problem z „DIVA Show”, który trwa od momentu powstania tego spektaklu, to identyfikowanie mojej osoby z postacią Tomka, którego gram. Buntuję się przeciw temu, bo wolałbym, żeby ludzie uwierzyli w moją wiarygodną grę i nie mylili jej z prywatną historią. Ale ponieważ w spektaklu są wykorzystane autentyczne projekcje z mojego dzieciństwa, to chyba tego nie przeskoczę. Co ciekawe, tego problemu w ogóle by nie było, gdyby spektakl powstał na podstawie pierwotnej koncepcji, w której alter ego bohatera miała być Amy Winehouse. Niestety Amy zmarła i wtedy pojawiła się propozycja Tiny Turner. A ponieważ lubię ją od dziecka, to miałam kilka prywatnych nagrań, w których śpiewałem piosenki Tiny. I pomyślałem, że mogę je wykorzystać. Ale nie przewidziałem, że będą one tak mocno oddziaływać na odbiór spektaklu.

Widzowie stają się drugim aktorem, od którego zależy zmienność tego spektaklu?

Ludzie bardzo płynnie wchodzą w tę historię. Na początku każdego spektaklu wydają się trochę przestraszeni, ale potem aktywnie w nim uczestniczą. I to właśnie ma wymiar terapeutyczny.

„DIVA…” jest oparta na improwizacji, więc może być bardzo nierównym spektaklem, zależnym od mojej formy danego dnia. Jest to spektakl interakcyjny, więc tym bardziej ma potencjał, żeby ewoluować.

Skoro mówimy o zmianach, to inne jest zakończenie spektaklu. Teraz kończy się on monologiem bohatera do mamy. A kiedyś była scena, w której mówiłem, że chciałbym, żeby mnie ktoś przytulił. I ludzie rzeczywiście wstawali z miejsc i mnie przytulali. Początkowo było to miłe, ale później poczułem, że to jest niebezpieczne przekroczenie.

Wspomniałeś o wymiarze terapeutycznym. Chyba lubisz takie terapeutyczne tematy?

Lubię. Chyba wszystkie spektakle Fundacji mają taki wymiar. Mieliśmy przecież „Amok” dotyczący uzależnienia od narkotyków. Były „Wraki” o radzeniu sobie z żałobą. „DIVA Show” jest o osobowości borderline, „Niżyński” o psychozie. Zamierzam wziąć na warsztat Klausa Kinskiego – opowieść o seksoholiku. Za każdym razem punktem wyjścia do spektaklu jest przepracowanie jakiegoś poważnego problemu.

Wypada też przywołać premierę tego sezonu, czyli „Cudowną terapię”, której atutem jest znany wielu ludziom temat kłopotów małżeńskich. Jak wspominasz proces powstawania tego spektaklu?

Ten spektakl powstawał bezboleśnie, w fantastycznej atmosferze. Świetnie pracowało mi się z Patrycją Soliman i Mariuszem Słupińskim. Spotykaliśmy się towarzysko, uczyliśmy tekstu, a przy okazji powstawał spektakl. Cieszę się, że atutem Fundacji jest praca sprawiająca przyjemność.

Spektakl jest świetnie przyjmowany przez widzów. Wielu ludzi odnajdzie się w tej historii. „Cudowna terapia” ma inteligentny dowcip.

Mariusz Słupiński wspominał, że praca nad „Cudowną terapią” była dla niego odskocznią od pracy w Teatrze Jaracza. Chyba fundujesz nie tylko terapię dla widzów, ale także dla aktorów…

W teatrze repertuarowym czasem wkrada się rutyna i zmęczenie. W Fundacji jest inna energia. Co więcej, bardzo dbamy o naszych artystów: dopieszczamy ich, staramy się, żeby niczego im nie brakowało. Dlatego ostatnio dostaję coraz więcej wiadomości od aktorów, którzy chcieliby z Fundacją współpracować.

Oprócz wspomnianej premiery „Cudownej terapii” jednym z najważniejszych działań Fundacji w tym sezonie była praca nad nagraniem spektaklu „Niżyński”. Jak wspominasz pracę nad płytą?

Praca nad płytą była bardzo ważna, bo angażowali się w nią ludzie, którzy bardzo ten spektakl kochają. Wspólnie się nakręcaliśmy do pracy. Chcieliśmy na płycie pokazać to, co widzieli widzowie na żywo. Oczywiście wykorzystaliśmy możliwości kamery np. zbliżenie, detal, ale nie chcieliśmy tworzyć zbyt wielu dodatkowych znaczeń za pomocą montażu. Chodziło też o to, żeby widz nie stracił tego, co najważniejsze, czyli postępującej choroby Wacława Niżyńskiego i ładunku emocji.

Zdradzę, że „Niżyński” to nie jest nasze ostatnie słowo w kwestii nagrywania płyt. Zrealizowaliśmy w ten sposób także „AMOK”. Będziemy go wydawać prawdopodobnie w przyszłym sezonie. Bardzo chciałbym zająć się produkcją Teatrów TV i zaszczepić wśród widzów nową modę, która miałaby polegać na tym, że Teatr TV można kupić.

Powiedziałabym raczej, że wprowadzasz nie tyle modę na kupowanie, ale na kolekcjonowanie teatru…

Tak, można tak powiedzieć. Chciałbym, żebyśmy wydawali spektakle na płytach regularnie i żeby było to dobrze zrobione i przystępne dla widza. Mam nadzieję, że zainteresuje to także ludzi, którzy nie chodzą do teatru. Może będzie to forma przyciągająca nowych widzów.

Czyli Fundacja ma misję oswajania teatru?

Poza egoistyczną stroną tego projektu, która wynika z tego, że chcę reżyserować, produkować i grać, istnieje też ten aspekt misyjny, polegający na popularyzacji teatru. Chodzi też o udowodnienie ludziom, że teatr może dotykać ich problemów, może być szczery i terapeutyczny, a jednocześnie przystępny. Oznacza to, że nie odstraszy formą, trudnym językiem, przeintelektualizowaniem. Ale nie będzie też komercyjny i wyłącznie lekki. Trzeba balansować między przystępnością a ambitnym repertuarem.

Skoro już podsumowujemy działania z tego sezonu, to warto też wspomnieć o Waszej obecności w przestrzeni miejskiej – billboardy, oplakatowane słupy ogłoszeniowe, reklamy w MPK… Jak to się stało, że w tym sezonie Fundacja stała się tak intensywnie widoczna?

To efekt wielu działań. Na początku pracy Fundacji sam jeździłem rowerem po mieście i rozklejałem plakaty na ogólnodostępnych miejskich słupach. Później zaczęliśmy szukać kontaktów, sponsorów i teraz ta promocja nabrała realnego kształtu. Jesteśmy widoczni, ale moim zdaniem i tak za mało. Wydaje mi się, że widzą nas ci, którzy już nas znają. A chciałabym dotrzeć do nowych ludzi, do tych niechodzących do teatru. W promocji Fundacji chodzi też o tworzenie marki. Chciałbym, żeby była ona związana nie tylko z moją osobą, ale też z konkretnym miejscem. Mam nadzieję, że to marzenie o własnej scenie wkrótce się spełni.

Póki co to stworzyliście niedawno Biuro Obsługi Widzów w Pasażu Schillera. Skąd pomysł na takie działanie?

Po pierwsze, z bardzo praktycznego powodu. Trafić do siedziby Fundacji jest bardzo trudno i chcieliśmy widzom ułatwić dotarcie do nas. Po drugie, chodzi o możliwość bezpośredniego kontaktu. Widzowie mogą po prostu przyjść do Biura, usiąść i porozmawiać o spektaklach. Po trzecie, potrzebowaliśmy miejsca będącego naszą wizytówką.

Zostańmy jeszcze przy przestrzeni miejskiej, ale już nie w kontekście sezonowych podsumowań, ale w perspektywie wakacyjnej. W lipcu i sierpniu odbywać się będzie Teatralny Pasaż Róży. Jaki jest Wasz wkład w tę inicjatywę?

Fundacja odpowiada za część repertuaru tego wydarzenia. Zaprosiliśmy Jowitę Budnik z monodramem „Supermenka”, Przemysława Bluszcza ze spektaklem „Samospalenie” oraz duet Krzysztof Materna i Olga Bołądź z przedstawieniem „Dobry wieczór Państwu”. Ideą tego festiwalu jest pokazanie łodzianom spektakli, z którymi nie mają szansy na co dzień obcować. Pasaż Róży sprawdził się w zeszłym roku jako przestrzeń teatralna. Z jednej strony plenerowa, ale też kameralna. W zeszłym roku aktorzy byli zachwyceni. Podobało im się zachodzące słońce, które odbijało się w Pasażu Róży. To daje niesamowity efekt.

Cieszę się, że jako Fundacja już nie tylko robimy spektakle, ale zaczynamy istnieć jako organizatorzy wydarzeń. Albo robimy rzeczy pozateatralne. Mamy zamiar wydawać własną gazetę propagującą kulturę w Łodzi.

Macie sporo planów na przyszłość. Z tego wynika, że Fundacja będzie się prężnie rozwijać w najbliższym czasie. Czy czarne myśli z początku działania Fundacji zaczynają wreszcie ustępować optymizmowi?

Jest dużo optymizmu i energii, bo mam w Fundacji wspaniałych ludzi. Ale wciąż zdarzają się rzeczy, które optymistyczne nie są. Ostatnio składaliśmy podania o dwa granty i niestety żadnego nie dostaliśmy. Sfera organizacji pozarządowych jest wciąż niepewna. Udało nam się wypracować wiele kontaktów, współpracujemy barterowo z różnymi instytucjami. Ale nadal szukam sponsora, który dawałby nam pieniądze na spektakle. Muszę przecież płacić pracownikom. Ten lęk o funkcjonowanie Fundacji jest chyba permanentny. Ale ostatnio bywa trochę stabilniej. Utrzymujemy się w dużej mierze z biletów. Gdyby nie to, że łodzianie nas chcą, przychodzą na spektakle i kupują bilety, to nie moglibyśmy funkcjonować. Dlatego chcemy tworzyć teatr przystępny i otwarty na dialog z widzem. To nadrzędny cel.

Oceń publikację: + 1 + 16 - 1 - 0

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tulodz.com.pl nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.

Alert TuŁódź

Byłeś świadkiem wypadku? W Twojej okolicy dzieje sie coś ciekawego? Chcesz opublikować recenzję z imprezy kulturalnej? Wciel się w rolę reportera www.tulodz.com.pl i napisz nam o tym!

Wyślij alert

Sonda

Twoim zdaniem niemieckie 26-letnie tramwaje NF6D sprowadzone z Bochum do Łodzi:






Oddanych głosów: 435